Grupa naTemat

Scroll, scroll, scroll

Zaczyna się kolejny dzień. Słońce świeci mi prosto w twarz. Nie daje spać. Otwieram oczy i sięgam po smartfona leżącego przy łóżku. Dotykam ekranu aby załadować mobilną wersję Facebooka. Scroll, scroll, scroll… *

Dwie nowe osoby chcą dodać mnie do znajomych. Pierwsza to Dominika. Chodziłem z nią do podstawówki i nie widziałem od tego czasu. Na zdjęciu profilowym przytula jakieś dziecko. Najwyraźniej jej. Szczególnie, że zamężna. Lubi Twilight i Chaplina. Akceptuję prośbę o dodanie do znajomych, ale raczej nie odwiedzę już jej profilu. Drugą osobą jest Piotr. Znam go? Może rozmawialiśmy na jakiejś branżowej konferencji? Nie pamiętam. Poczeka na akceptację. Może sobie przypomnę. Z reguły nie dodaję do znajomych ludzi, których skądś nie kojarze, z którymi nie zamieniłem osobiście paru słów. Z paroma wyjątkami. Ale i tak mam ich już ponad 1000.


Co jeszcze? Trzy nowe like'i. A może powinienem napisać "lajki"? Jakiejś znajomej znajomej spodobało się zdjęcie z koncertu, które wrzuciłem na Facebooka trzy miesiące temu. Z ciekawości wchodzę na jej profil. Nawet zgrabna. Intrygujące zainteresowania. W sobotę wybiera się na koncert, na którym będę. A przynajmniej kliknęła "Wezmę udział" przy wydarzeniu na Facebooku. Pytanie czy zrobiła to, bo faktycznie się tam wybiera, czy tylko dla lansu. W końcu wiadomo, że jeśli ktoś na Facebooku klika na "Weźmę udział", to oznacza, że może będzie. Jeśli wskazuje, że jest "Niezdecydowany", to nigdzie się nie wybiera. Kliknięcie na "Nie biorę udziału" oznacza "Zdecydowanie nie!". Tak właśnie wygląda facebookowe repondez s'il vous plaît.

Kolejne notyfikacje. Ktoś tam skomentował coś tam. Wygląda na to, że pod moim statusem z wczoraj rozpętała się dyskusja nie mająca za bardzo związku z jego treścią. Ale nie szkodzi. Jest całkiem pasjonująca. Dyskutują ze sobą: kumpel z pracy, znana fotografka muzyczna z Trójmiasta, redaktor naczelny jednego z popularnych portali z Warszawy, przedsiębiorca z Poznania, znajoma z Londynu i parę osób, których szczerze mówiąc nie znam. Na Facebooku można umożliwić nieznajomym komentowanie własnych wpisów. Zrobiłem to. Jest większy fun.

Kilkanaście godzin później. Wieczór. Wchodzę do pubu ze znajomą. Zanim coś zamówimy, spoglądamy na siebie. - To co, checkin? Wyciągamy smartfony, odpalamy program o nazwie Foursquare, który wykorzystując GPS i lokalizację routerów WiFi pokazuje miejsca w okolicy. Pub też tam jest, na górze listy. Klikamy na żółty przycisk "Check In". Czyli meldujemy się. Dostaję trzy punkty, bo jako stały bywalec jestem w tym miejscu "mayorem", czyli wirtualnym burmistrzem. Dwa kolejne dostaję za trzeci wspólny check-in ze znajomą w tym tygodniu.

Zanim schowam telefon do kieszeni na resztę wieczoru, spoglądam jeszcze na punktowy ranking za ostatnie 7 dni. Nie jest źle, jestem na trzecim miejscu wśród 260 znajomych, których mam na Foursquare. Jeden długi spacer po Gdyni i będę miał szansę na drugie. Na pierwsze nie mam w tym tygodniu szans - lider rankingu właśnie zwiedza restauracje w Paryżu. Przy okazji widzę, że znajome małżeństwo zameldowało się w jednej z gdyńskich restauracji. Do informacji o ich meldunku w Foursquare dopisuję komentarz by spróbowali pysznego deseru, który tam serwują. Dziękują. Zamówią. Kolega z poprzedniej firmy zameldował się w modnym, sopockim klubie. Zapowiada się kolejna imprezowa noc?

Poznań. Popularna, branżowa konferencja. Kilkuset gości słucha kolejnej prezentacji. Na Foursquare zameldowało się z 60 osób. Na laptopach (z reguły z białym, świecącym jabłkiem na obudowie), iPadach, iPhone'ach i innych smartfonach często widać charakterystyczne logo Twittera.

Czym jest Twitter? Pod względem formy i treści odpowiada smsowi. Ale nie wysyła się go do konkretnej osoby lub paru osób, ale do wszystkich tych, którzy Cię na Twitterze obserwują. Do Twoich "followersów". Możesz mieć ich kilkanaście, kilka tysięcy lub kilka milionów. To zależy od tego kogo znasz, kto Cię zna, jak bardzo inni się Tobą interesują. Od tego, jak bardzo zainteresujesz ich swoimi 140-znakowymi wpisami. Popularność Twittera w Polsce nie jest jeszcze duża, ale to się zmieni. Niedawno ruszyła jego polska wersja. Znika więc bariera językowa. Obsługa Twittera zaczyna też być integralną częścią oprogramowania smartfonów. Tak, jak obsługa sms-ów.

Na razie Twitter najbardziej jednak popularny jest w branży internetowej. Dlatego uczestnicy konferencji wykorzystują go do bieżącego komentowania tego, co mówi prelegent. Nie zawsze są to komentarze pochlebne. To tak zwany backchannel. Głos widowni. Na niektórych branżowych imprezach jest wręcz pokazywany wszystkim uczestnikom na specjalnych ekranach. Nie wszyscy w końcu mają smartfony z pakietem danych. Jeszcze nie.

Ale Twitter to nie tylko miejsce do wymiany branżowych dyskusji czy linków. Polscy politycy i dziennikarze namiętnie z niego korzystają. Inspiracja? USA. Tam z Twittera korzystają miliony, więc jest jednym z ważniejszych kanałów komunikacyjnych. Pomyśl o tym. Wpisujesz parę słów, ale nie więcej niż 140 znaków. Naciskasz Enter. Wiadomość trafia do setek, tysięcy, milionów. W jednej chwili. Bezpośrednio. Nie zniekształcona przez pośredników. Brzmi kusząco, prawda?

Facebook, Foursquare, Twitter. Lajki, checkiny, followersi.

Po co to wszystko? OK, potrzeba społecznego uznania, uzyskania jakiejś pozycji w otoczeniu. Faktycznej czy wirtualnej? Czy to istotne? W końcu obie rzeczywistości przeplatają się ze sobą. Jedna determinuje drugą - i na odwrót. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze są hormony.

Naukowcy, nie tylko amerykańscy, zbadali szczegółowo to, jak korzystanie z Facebooka, Twittera i podobnych serwisów wpływa na biochemiczną aktywność mózgu. Rezultaty są fascynujące i przerażające zarazem.

Dopamina. Neuroprzekaźnik mający wpływ na poruszanie się, sen, nastrój, skupienie uwagi, myślenie, a na wyższym poziomie - motywację i szukanie. Nie tylko nagrody. Przygód, przeżyć, emocji, informacji, wiedzy. Na chęć do poznawania świata.

Twitter czy Facebook zamieniają miliony w ludzi uzależnionych od dopaminy. Każdy nowy follower na Twitterze, badge (odznaki na Foursquare przyznawane za meldunki) czy lajk na Facebooku to kolejna dawka. A gdy raz zaczniesz, trudno jest przestać - chyba, że przeniesiesz się gdzieś, gdzie Internet nie dociera. A takich białych plam na mapie zasięgu jest coraz mniej.

Potrzeba natychmiastowej gratyfikacji, oczekiwanie na coś, co może się zdarzy, nieprzewidywalność czy dużo małych dawek informacji - tak Facebook czy Twitter wpędza w dopaminowy ciąg, z którego trudno się wydostać. Pytanie czy warto próbować, czy raczej lepiej się temu poddać i zaakceptować nową, zasilaną zastrzykami dopaminy rzeczywistość. Groźne jest to, że dopaminowy system nie ma wbudowanych zabezpieczeń. Układ nagrody, czyli ośrodek przyjemności jest tak silny, że jeśli wiemy jak tą przyjemność generować, wszystko inne traci na znaczeniu. Szczury nauczone stymulacji tego ośrodka z pomocą elektrody umieszczonej w ich mózgu korzystały z tej możliwości tak często, że ginęły z głodu. My zamiast elektrod mamy laptopy w plecaku i smartfony w kieszeni.

Oprócz dopaminy jest jeszcze oksytocyna. Hormon, który sprawia, że czujemy się tak dobrze gdy przytulamy się do kogoś, zakochujemy się, czy... przeżywamy orgazm. Albo wchodzimy w interakcje z przyjaciółmi i znajomymi na Facebooku. Wówczas też następuje jego wydzielanie. W odpowiednio mniejszym stężeniu rzecz jasna. Ale gdy nie możesz kogoś przytulić albo pogratulować ściskając dłoń, możesz kliknąć "Lubię to" pod jego statusem. Kto zbada ile lajków jest równoważnych pogłaskaniu po głowie, uściskowi dłoni czy przytuleniu z dotknięciem ramion i pleców? Amerykańscy naukowcy na pewno już nad tym pracują.

Przenieśmy się jednak do Londynu. Metro zwalnia, zaraz zatrzyma się na stacji Oxford Circus. Nieliczni pasażerowie przeglądają papierową prasę. Większość trzyma w dłoniach smartfony. Poświata setek ekranów rozświetla ich twarze. Scroll, scroll, scroll. Obok mapy przystanków - reklamy aplikacji mobilnych firmowanych przez banki i firmy ubezpieczeniowe. Nic dziwnego. Liczba iPhone'ów i telefonów z Androidem liczona jest w milionach. Już połowa użytkowników telefonów komórkowych w Wielkiej Brytanii korzysta ze smartfonów. W stolicy jest to szczególnie widoczne. Tak szybki wzrost to kwestia ostatniego roku, może dwóch. A wszystkiemu winien jest ś.p. Steve Jobs.

Cofnijmy się o kilka lat, do 2003 roku. Nokia 6600. Mój pierwszy smartfon. System Symbian, procesor 106 MHz, ekran 176 x 208 pikseli, aparat cyfrowy 0,31 megapiksela. Potrafi wiele. Dzięki możliwości instalacji zewnętrznych aplikacji można na nim przeglądać strony internetowe, korzystać z poczty elektronicznej, a nawet z ICQ czy Gadu-Gadu. Szybkość działania dość kiepska, a obsługa raczej niewygodna, ale i tak satysfakcja z korzystania z takiego gadżetu jest ogromna.

Czuję się w obowiązku wspomnieć, że należę do grupy EA - early adopterów, czyli osób zafascynowanych nowymi technologiami, którzy jako pierwsi sięgają po nowe gadżety. Z internetu korzystam praktycznie codziennie od ponad czternastu lat, a przed Nokią miałem Motorolę Timeport - telefon, dzięki któremu już w 2000 roku mogłem łączyć się z internetem używając kultowego po dziś dzień w niektórych kręgach palmtopa Psion Revo. Zamiast Bluetooth korzystało się wtedy z łącza na podczerwień, a szybkość połączenia sięgała zawrotnych 9,6 kilobitów na sekundę.

Dość tych wspomnień. Po 2003 roku Nokia oraz inne firmy wypuszczały kolejne modele smartfonów, jednak były to dość niszowe urządzenia, skierowane do wąskiego grona odbiorców - biznesmenów zaznajomionych z technologią, early adopterów… Wszystko zmieniło się gdy 9 stycznia 2007 roku, podczas konferencji MacWorld, Steve Jobs zapowiedział pierwszą wersję iPhone'a. Krytycy wskazywali na to, że pod względem funkcjonalności czy parametrów technicznych iPhone był trochę w tyle pod względem tego, co oferowała konkurencja, ale nie wzięli pod uwagę jednego. Łatwości obsługi. To właśnie łatwość obsługi w połączeniu z dopracowaniem produktu, a następnie powstaniem wokół niego całego ekosystemu (możliwości wygodnego ściągania i kupowania muzyki, filmów czy aplikacji) zadecydowało o tym, że Apple zarabia miliardy, a Nokia chyli się ku upadkowi.

Znam ludzi, którzy przez większą część swojego długiego życia posługiwali się telefonami z tarczą, a teraz, gdy trzymają w dłoni zwykłą komórkę, nie są w stanie dodać kontaktu do książki adresowej i mają problemy z wysłaniem smsa. Gdy dostają do ręki iPhone'a, bez problemu radzą sobie ze zrobieniem zdjęcia i wysłaniem go emailem.

Ważny był też jeden czynnik. Ekran, który wręcz magicznie reagował na dotyk palcem. Dotyk przypominający pieszczoty, które dotąd zarezerwowane były jedynie dla najbliższych. Scroll, scroll, scroll - i w mózgu uwalnia się kolejna dawka oksytocyny.


* Scroll (ang.) - przewinięcie ekranu, na przykład poprzez dotknięcie go palcem



Tekst ukazał się oryginalnie w kwartalniku artystycznym Bliza.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
InternetFacebookObyczaje
Skomentuj